Obowiązków domowych mam mnóstwo, tak samo jak Ty będąc żoną, czy mamą. Samo się nie posprząta, nie ugotuje, nie wypierze i nie poprasuje. Prasowanie najczęściej odkładam na później. Góra prania rośnie, a dni czy tygodnie mijają. Ileż to razy czyste pranie chowałam do szafy lub zakrywałam kocem gdy spodziewaliśmy się gości. Znasz to ? Ja już nie muszę niczego chować :)
Zanika naturalność i swoboda w naszym dorosłym życiu. Jesteśmy coraz to poważniejsi, zabiegani z ciągłym "zaraz" oraz "za chwilę" na ustach wobec naszych dzieci. Dzień dziecka, to jeden z tych dni, w których warto odłożyć wszystko na bok i celebrować dzieciństwo, beztroskość. Tak, by buzie roześmiane były od ucha do ucha. Tak, by zapamiętać wspólne chwile, uwiecznić je na zdjęciach i cieszyć się tym, że siebie mamy.
Trudnym czasem był dla mnie kwiecień, spowodował maksymalne skupienie się na życiu osobistym i przeżywaniem każdego kolejnego dnia wyciskając z niego wszystko.
Photo by Jeremy Wong on Unsplash
Mówią, że nie istnieją złe emocje. Każde są potrzebne po coś, każde coś znaczą. Czasem po głębszym zastanowieniu dopiero znajdziesz ich powód, poznasz ich cel.
Jesteś mamą jak ja, poranki spędzasz na wyjściu z dzieckiem do przedszkola. Z uwagi na zapewnienie spokoju całej rodzinie, przygotowujesz wieczorem ubrania, rzeczy niezbędne do zabrania. Tak przynajmniej zaplanowałaś, bo wiesz że wychodząc gdzieś z dziećmi trzeba mieć na uwadze najcięższy scenariusz. Kiedy emocje biorą górę i wszystko wymyka się spod kontroli.
Nadszedł Nowy Rok, wróciła codzienność. Włączając internet atakują wpisy o postanowieniach, o odchudzaniu. Ja gdzieś tam jestem daleka od tworzenia długaśnej listy postanowień. Nowy Rok na pewno jest dobrym momentem na przemyślenia i przewartościowanie siebie oraz swojego życia. Na wyznaczenie sobie celów. Właściwie każdy moment będzie na to odpowiedni. Ważne by robić to w zgodzie ze sobą, a nie pod wpływem nacisku innych.
Takie mam wrażenie, że w tych podsumowaniach wszyscy są niezadowoleni i czegoś chcą. Wierzą chyba w samoistne działanie i nie zwracają uwagi jacy są tu i teraz, co osiągnęli, jak ukształtowali swoją osobowość na podstawie doświadczeń zeszłorocznych. Odnoszę wrażenie, że zatraca się umiejętność radowania małymi rzeczami i dostrzegania tego co najistotniejsze. Kartą przetargową do bycia szczęśliwym są często bogate zakupy, ciągłe remonty i życie na wysokim poziomie luksusu.
Każdy żyje jak chce. Dopiero chyba z wiekiem dochodzi się do takiego etapu, w którym inne rzeczy staną się "postanowieniami noworocznymi".
Czego sobie życzę ?
Marzy mi się bogactwo.... Ale te wewnętrzne. Chciałabym dopieścić się od wewnątrz, zadbać o swój rozwój osobisty. Żyć spokojnie, w zgodzie ze sobą. Nie działać pod presją.
Potrzebuję na początek wyczyścić swoje otoczenie z toksyczności. Mowa tu np. o czyszczeniu profili w mediach społecznościowych. Przejrzenie znajomych, czy aby nie są tylko obserwatorami mego życia i na tym koniec.
Tu nasuwa mi się myśl... Ile właściwie osób potrafi zamienić ze mną słowo, choćby te na messengerze. A ile i w jaki sposób wysłało życzenia, w formie "podaj dalej". Ile z nich zwróciło uwagę, że nasze archiwum rozmów wstecz jest puste, a życzenia przekopiowane są beznadziejnie nie na miejscu.
Potrzebuję odciąć się od tony powiadomień i durnych treści z walla. To moja mała droga do bycia zorganizowaną. Chcę zdobyć tę umiejętność. Mam świadomość, że to nie podzieje się z dnia na dzień i nikt inny za mnie tego nie uczyni. Ale by działać tak jak chcę w blogowaniu, by móc skupić się na pracy muszę oczyścić swoją przestrzeń. Inaczej nie ruszę z miejsca.
Zacznij Nowy Rok od siebie
Będąc w domu i wychowując dzieci, zatraciłam swoją pewność siebie. W zamian jest we mnie mnóstwo niezdecydowania, które komplikują moją codzienność. Nie, to wcale nie domena kobieta, totalnie się z tym nie utożsamiam.
Chcę pozwolić sobie na uwierzenie w siebie, na przekroczenie moich barier. Na ryzyko w kwestii marzeń i pchnięcie się do działania. Jak nie spróbuję, to kiedyś siedząc z filiżanką herbaty w wysokim fotelu będę żałować... a nie mogę. Nie chcę.
Warto wraz początkiem Nowego Roku podjąć ze sobą dialog, wsłuchać się w siebie. Dostrzec, że się zaniedbałaś i trzeba naładować puste akumulatorki. Wszystko to kumuluje się na uśmiech w odbiciu lustrzanym. Pamiętaj, jeśli Ty szczerze będziesz szczęśliwa - Twoi najbliżsi również. Dużo uśmiechu w lustrze zatem życzę ! :)
Szczęśliwego Nowego 2018 Roku dla Was
Stałam się mamą pierwszy raz i byłam najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Patrzyłam w lustro na szczęśliwego człowieka, nie dostrzegając rosnących nadmiernych kilogramów. Opowiem Ci o tym jak karmienie piersią pomogło mi schudnąć. Dzisiaj spoglądam w lustro po prawie 6 latach i bardziej lubię swe odbicie. Idealnie nie jest, ale jeśli nie czujesz zadyszki w codziennych pracach domowych można powiedzieć - jest naprawdę luksusowo.
Urodziłam moje pierwsze dziecko i świat stanął dla mnie w miejscu, bo była tylko ona. Nie mogłam się nią nacieszyć. Miliony zdjęć, tych samych ujęć. Nie zwracałam uwagi na siebie w lustrze. Jeśli już, to kwestia makijażu, fryzury i tyle. Nie widziałam swojej sylwetki, nie widniałam na zdjęciach bo to ja fotografowałam, w dodatku głownie moje dziecko.
Zgodzisz się ze mną, że dzieci to nasz najcenniejszy skarb i radość. Są wysysaczem rodzicielskiej energii. Znasz to ? Stajesz się roztargniona, bo zaczynasz kilka rzeczy naraz, robotę ciągle przerywa "mamoooo ! chodź tutaj na chwilkę" i właściwie nie wiesz co chciałaś zrobić. Chwilę później przypomina się, przekładasz to na wieczór realizacje i zasypiasz... albo walczysz z opadającą powieką. Rzekłabym, iż u mnie to klasyk !
Zerknęłam przez okno i gdyby nie mężczyzna, który rzucił mi się w oczy, kucający między samochodami... pewnie nie zauważyłabym, że mały kociak dotąd brykający z całą swoją kocią rodzinką potrzebuje pomocy.
Jest czwartek, niby lipiec, a za oknem jakby listopad z okropnym silnym wiatrem. Postanowiłam się dzisiaj nigdzie z domu nie ruszać, w obawie o ewentualne przeziębienie dzieci, bo nasz wyjazd wakacyjny tuż tuż.
Zauważyłam małego kociaka zwiniętego w kłębuszek, kucał przy nim mężczyzna. Chciał nawiązać kontakt, ale zero spłoszenia ani tulenia... Odszedł. A kociak stale w jednym miejscu. Nie pasowało mi to, bo od kilku tygodni obserwujemy brykające maluchy pod naszym balkonem. Były płochliwe na każdy szelest... Podchodząc kolejny raz do okna zobaczyłam jego próbę zrobienia kroków. Nie potrafił utrzymać się na własnych łapkach i padł...
Opisałam sytuację znajomej wolontariuszce, poradziła zadzwonić do schroniska po interwencję. Czekając szukałam rozwiązania jak umieścić malucha w kartonie, zapewnić mu spokój do momentu przekazania schronisku. Wypatrzyłam dziewczynę, która zauważyła kociaka. Wybiegłam na balkon, zapytałam czy maluch żyje i czy jeśli podam jej karton, czy go do niego włoży i przyniesie mi do domu. Z uwagi na dzieci nie mogłam zrobić tego sama. Dziewczyna od razu wyraziła chęć pomocy.
Kociaka wraz z córką okryłyśmy jej wełnianym sweterkiem, a do malej butelki nalałyśmy ciepłej wody by malucha ogrzać jakby termoforem. Podobno roztrzepane żółtko + miód lub cukier puder podane do pyszczka to bomba energetyczna. Jednak nie odważyłam się mu tego podać, bo był za bardzo słaby i z uwagi na jego delikatność bałam się, że mu zrobię krzywdę. Dwukrotnie dzwoniłam jeszcze do schroniska, powiedzieć, że mam malucha w domu oraz zapytać czy pan z interwencją jedzie już do nas i ile to mniej więcej potrwa. Minęło już ponad 40 minut od pierwszego telefonu.
Przyjechała interwencja, kociaka zabrano. Jego stan jest ciężki. Dostał kroplówkę i termofor... Czas pokaże co będzie dalej.
Dlaczego piszę o naszej dzisiejszej historii ?
Bo uważam, że dzieciom powinno się pokazywać jak można, a nawet należy pomagać zwierzakom. Na pewno będzie to lekcja życia, dla małego człowieka poznającego świat.
Córka ciągle pyta co teraz będzie z kociakiem. Wytłumaczyłam, że w schronisku otrzyma pomoc tak by wyzdrowiał. Jeśli się uda, z czasem będzie szukany dla niego dom. Martynka chciałaby oczywiście by zamieszkał z nami. Niestety nie mamy możliwości na jednoczesne posiadanie psa i kota. Może kiedyś w przyszłości.
Już kilka razy zdarzyło mi się wspominać, że wracam do blogowania i do Was tutaj. Planowałam wpisy, tworzyłam skrupulatnie mój plan jak to ugryźć, by było po mojemu. Gdzieś coś mnie blokowało, ograniczało, przypierało do muru i nie pozwoliło wystartować. Ktoś powie, phii co ona plecie, jaki problem zacząć po prostu pisać ? Są rzeczy ważne i ważniejsze.
Splot wydarzeń wraz z powrotem męża z emigracji, szukanie pracy, problemy finansowe spowodowały, że wszystko kręciło się wokół jednego. Męczyło, wyciskało ostatnie siły i fizycznie nie pozwalało usiąść przed komputerem. Smutek, łzy i brak chęci na wstanie z łózka. Było źle. Mamy dwójkę dzieci, a ich humory czy potrzeby nie zawsze szły w parze z naszym nastrojem.
Szukałam w sobie motywacji, jakiegoś punkciku, by mieć na czym się zawiesić i od tego zacząć. Analizowałam swoje zainteresowania i umiejętności. Zastanawiałam się co mogłabym robić świetnie by poczuć, że poza codziennością, problemami i byciem mamą, jestem spełniona i szczęśliwa. A przede wszystkim, że się do czegoś nadaję. Miałam silne poczucie tego, że jestem beznadziejna...
Brak możliwości pójścia do pracy, poniekąd pogłębiał mój stan. Czułam się bezradna i bezużyteczna. Miałam silną potrzebę robienia czegoś ponad obowiązki domowe.
Pytacie czy się pogniewałam na te miejsce. Prawdę mówiąc już jakiś czas chciałam najpierw otwarcie przed sobą samą odpowiedzieć co powodem mej nieaktywności, by później móc napisać o tym na blogu.
Ile razy próbowałam sklecić post... Ale gdzieś tam przewijając mego facebookowego walla, czułam się przytłoczona, a nawet beznadziejna w tym co robiłam dotąd blogując. Kasowałam wszystko i zamykałam wściekła laptopa. No bo kurcze teraz bez planu, kampanii i wkładu finansowego to chyba już nikt nie bloguje... sobie myślałam.Nie chcę pisać pod presją czasu czy współpracy. Nie chcę brać udziału w wyścigu na lepsze wpisy. Fajnie by było to w pełni moje miejsce, odskocznia od codzienności... która przy dwójce dzieci jest wymagająca. Chcę rozwijać się i robić coś dla siebie. Ile rzeczy ja się dowiedziałam w przeciągu tych pięciu lat ! Nowe relacje, wyzwania, pojęcia, spotkania raz za kiedy. Ale każdorazowo mnie to budowało i malowało uśmiech. Pisanie dla przyjemności - to o to w tym chodzi. Banalne, prawda ?
Chcę przede wszystkim dzielić się z wami tym co wiem. Chcę być wsparciem dla swoich czytelników, dobrą koleżanką. Oj, jakby cudownie było razem napędzać te miejsce !
Najciężej jest wrócić, wpaść w ten fajny rytm gdzie słowa same się niosą i piszą. Ale wierzę, że uda mi się obudzić z powrotem te miejsce. Z lekkością i swojskim klimatem. Tego mi najbardziej brakuje w blogosferze - by czuć tę swojskość i charakter autora. Spróbuję :)
Kiedyś sobie nawet marzyłam, by wyjechać do Anglii i zacząć tam żyć od nowa. Przecież mówią że jest lepiej niż tutaj, przecież wszyscy chwalą zarobki, relacje ludzkie i możliwości rozwoju. Rozłąka ? Eeee no jakoś da się żyć, przecież są inne możliwości kontaktowania się.
W rozmowach to zawsze takie proste, czarno na białym. Bez tych prawdziwych emocji... smutnych, które wraz z wyjazdem zadomawiają się z nami na dobre.
Taki był dla nas październik poprzedniego roku. Z morzem łez, drżącymi wargami. Z potokiem słów wypowiedzianych przez łzy, dusząc w gardle gulę. Bo to niby droga do naszej lepszej przyszłości. Ciężka decyzja która przeniesie się na nas wszystkich. A jeszcze trudniej, jeśli jesteśmy ludźmi rodzinnymi i emocjonalnymi.
Dzisiaj mijają trzy miesiące, kiedy ja z dziećmi i psem jestem tu, a nasz tata, mąż pracuje za granicą. Dzisiaj każdy jego zjazd jest mocą radości, a zamykające się drzwi z drugiej strony komunikatem - smutek. Niby musimy nauczyć się z tym żyć, zaakceptować że jakiś czas tak po prostu będzie. Ale ciężko wierzyć w coś, co jest sprzeczne z tym co czujesz. Siły potrzeba mnóstwo, bo ogarnięcie dzieci, domu, zakupów, lekarzy, chorób, spacerów z psem to bardzo wyczerpujący i ciężki czas. Samą robotą łatwo uciec od teraźniejszości, nie zaprzątając głowy tęsknotą. Wszystko co w głowie najtrudniej poukładać. Analizujesz, myślisz czy tędy droga.
Kiedy słucham mojej pięciolatki, gdy widzę jej tęsknotę i smutek wszystko co sobie dotąd w głowie poukładałam i założę... sypie się. Ciężko wtedy trzymać się w ryzach.
Dla dziecko to utrata pewnego gruntu pod nogami. Ona nie rozumie, że to na chwilę na krótki czas. Jako dziewczynka związana ze swoim tatusiem, chciałaby, by wracał codziennie do domu z pracy. Tak naprawdę najciężej jest w sferze dzieci. One nie zacisną zębów. Dla nich sprawa jest prosta, będę szczęśliwa gdy będziemy kompletni.Nie jesteśmy kompletni, trzeba wszcząć alarm.
Mamy problem przy rozstaniu w przedszkolu, jak i wtedy gdy nerwy sięgają zenitu i zdarzy mi się krzyknąć. Jest problem wieczorem, bo tata najlepiej czyta bajkę i usypia swoją obecnością. Zaobserwowałam też pewien regres, którym mała stara się zwrócić na siebie uwagę. Nie chce się ubierać, sprzątać po sobie. Byle jakość jakby do niej przylgnęła.
Nie mam do niej pretensji, bo radzi sobie wyśmienicie ! Na tyle ile mały człowiek potrafi. Budują nas długie rozmowy, tłumaczenia jak i widywanie się z tatkiem na videorozmowie. To dodaje jej sił ! To daje jej możliwość przeżycia rozłąki w 100% bez niedomówień, czy oszustw.
Jedynie mam do siebie poniekąd żal, że nie mam w ogóle możliwości by mieć czas taki tylko i wyłącznie dla niej. Mały znosi to lepiej, bo nie jest do końca świadomy tego co się dzieje. Gdy dorwie tatę, mama schodzi na dalszy plan. Ale jest na tyle malutki, że bywa ze mną wszędzie. Tu zaś ja mam problem, boję się iść z malcem do kosmetyczki. Boję jechać na zakupy do galerii. Nie chcę robić wycieczek, bo be męża sensu to nie ma. Bo lepiej będzie jak wszyscy tam pojedziemy. No i perspektywa taszczenia się autobusem, też mnie paraliżuje. Prawka brakuje, samochodu.
Pracuję nad akceptacją tego, pracuję nad wiarą w siebie, że dzieci u boku i emigracja nie muszą mnie wewnętrznie blokować. Nie muszę się czuć jak na "zawieszonym" trybie życia. Zabrakło realnych ludzi w mojej codzienności.
A przy okazji codziennie udowadniam sobie, że jestem silna ogarniając to wszystko fizycznie i psychicznie.
Czasem trzeba podjąć ciężką decyzję, która zwiastuje lepszą przyszłość dla naszej całej rodziny ! To ciężki czas, ale gdzieś tam na końcu jest radosne światełko. Jeszcze trochę i będziemy cieszyć się swoją kompletnością w tym szczęściu. To kolejna lekcja, umacniająca naszą więź.
I podsumowując... - Mama jest cudowna, ale nigdy nie zastąpi taty. Dlatego wierzę, że to naprawdę krótki epizod w naszym życiu.
Choć prawie dwa miesiące minęły już od narodzin najmłodszego, nie zdążyłam Wam go przedstawić. Od 19 listopada jestem po raz drugi mamą. Przyszedł na świat by zawładnąć serduchami rodziców i starszej siostry. Rozkochał w sobie od pierwszych sekund. Jest powodem ciągłych wzruszeń i szeroko pojętego szczęścia !
Koniec ciąży był niezwykle stresujący, bo o ile moje samopoczucie było idealne tak przebyta najpierw ospa u córki i możliwość porodu była mega stresująca. A na koniec wieczora poprzedzającego narodziny diagnoza zapalenia krtani rozłożyła moje ręce z bezradności. Ten stres w głowie i setka myśli jak ogarnąć noworodka i starszą córkę. Jak zrobić by uchronić od choroby, a pozwolić się cieszyć naszym małym szczęściem. Na szczęście poukładało się samo. Na szczęście po trzech dniach w szpitalu mogliśmy się cieszyć sobą.
Urodziłam 19 listopada, po nocnych regularnych skurczach, wczesnoporannym pojawieniu się na Izbie Przyjęć. Poszło szybko, choć nie sądziłam że aż tak. Bolało, bo boleć musi ale zupełnie inaczej, znośniej... bardziej świadomie. Po wszystkim maszerowałam o własnych siłach i emanowałam szczęściem w oczach :) Cieszę się, że udało mi się doświadczyć po raz kolejny naturalnego porodu, tym razem w towarzystwie męża.
3630g i 54cm miłości przyszło na świat o 10:40 :)Nasz synek Kacper.
Drugi trymestr to najfajniejszy czas w ciąży. Forma fizyczna doskonała, brzuszek jeszcze swoją wielkością swobodnie pozwala ubierać buty. Hormony aż tak nie dają się we znaki, a emocje są w miarę do okiełznania.
Czas upływał i nadal nic. Marzenia gdzieś zawisły, myśli starały się skupiać na czymś innym. Szukałam sposobu na to by się zrealizować i poczuć lepiej, kobieco. Kiedy cykl treningowy zagościł na laptopie, a sam Shaun T na mnie czekał, szafa zaczęła gromadzić sportowe ciuchy, myśli krążyły wokół celu wiosennego którym miało być bieganie... Wszystko pękło w jednej nieoczekiwanej chwili.
Czekałam na ten moment, w którym bez dodatkowych bodźców... z samego powietrza, pogody i panującej aury będę czerpać energię. Zacznie mi się chcieć robić, planować, wychodzić. Wiosna jest dla mnie stanem odmiennym, powodem do zmian, wcielania w życie planów które dotąd krzątały się po głowie.
Przyznam szczerze, że smakosz kulinarny ze mnie kiepski. Nie bywam w restauracjach, nie próbuję wymyślnych dań, bo nie mam ku temu okazji. Steki kojarzę z programów kulinarnych i opowieści o hardcorowym ;)
Jestem przekonana, że idealnym momentem będzie ten w którym centymetry solidnie spadną, a wskaźnik kilogramów spuści z tonu. Samo się nic nie podzieje, czego jestem efektem. Jest za to większa szansa na sukces gdy zepniemy tyłki i przeciwstawimy się dotychczasowej codzienności.
Tak też skromnie ale z zapałem oznajmiam, że chcę być zdrowa, z mnóstwem energii którą potem mogę chętnie pozarażać. Chcę polepszyć swoje samopoczucie i udowodnić sobie, że da się jeść lekko, zdrowo i tanio... że da się ćwiczyć z wymarzonym efektem, w domu, z trzylatką u boku.
I choć ciężko mi z systematycznością, no i trochę ciągnie do słodyczy... podejmę tę walkę, która chcę by stała się moją przyjemną codziennością. Zmienię nawyki żywieniowe i będę szczęśliwsza.
Dlatego w minionym tygodniu idealnym momentem było to, że ruszyłam dupę ! ;)
Honor 6 od Huawei powiększył naszą rodzinkę na czas świąteczno-noworoczny. Zadomowił się zaskakująco szybko i poczuł jak u siebie. Niby niewinnie biały, gładki, bez skazy. Jednocześnie wyrazisty i intrygujący.
Uwiecznił troszkę naszych świąt, zimowych pierwszych spacerów, matczynych selfi i fotek typowo na Instagram. Użytkowany był i w domu i na powietrzu. W ciemnościach, kiepskim świetle jak i tym najbardziej sprzyjającym - dziennym.
Powinnam była już dawno usiąść, zatrzymać się i przemyśleć. Ciągle tylko brak czasu, muszę jeszcze to zrobić, nie teraz, za chwilę, ojej ale mi się nie chce. Wieczne odkładanie w nieznane. A później nadchodzi październikowa jesień. Piękny słoneczny dzień i chłodny wieczór. Córka przeciera oczy, kładę się obok niej i usypiam. Myślę, jak fajnie minął nam dzień. O tym jak urządzę jej pokoik skoro wreszcie został pomalowany. Chwilę wcześniej spieraliśmy się z mężem o to gdzie postawimy łóżeczko. A jeszcze wcześniej kłóciliśmy o pierdołę. Tak jak wtedy o zgubioną szczotkę, czy nieporozumienie słowne.
Oko mi leci, gdy nagle zza drzwi mąż krzyczy. Ania Przybylska nie żyje !
Najważniejsze słowa dotarły, ale z niedowierzaniem: Co mówiełeś ?
Popatrzyłam na małą, napłynęła masa emocji i łzy. Tak samo jak wtedy gdy przyjaciółka straciła kolejną ciążę tuż po porodzie.
Po raz kolejny ucałowałam ją i powiedziałam jak mocno kocham. Jaka jest dla mnie ważna. Otwarłam drzwi z pokoju wychodząc jakaś inna. Ścięło mnie. Wyssało energię. Wpędziło w zadumę i tok przemyśleń.
Usiadłam obok męża, z gulą w gardle. Poprosił o kolację... Kroiłam trzecią kromkę kiedy postanowiłam, że wyrzucę to z siebie.
A co jeśli we mnie coś tyka ? Tracę głos nie mogąc dokończyć. Łzy.
Wrzucam sobie od wczoraj jaka durna jestem. Jaką krzywdę robię sobie i jaką niepewność funduję mojej rodzinie. No bo co by było gdyby mnie teraz zabrakło. Przecież ani ja, ani oni nie jesteśmy na to gotowi. Dopiero chwilę tworzymy rodzinę, dopiero ...
Pisałam ostatnio o zaniedbaniu się. Jest tego więcej. Olałam wizyty u mnóstwa lekarzy, z głupiego strachu, wstydu. Nie wiem dlaczego. Może i z lenistwa.
Wczorajsza wiadomość o śmierci Ani, wzbudziła smutek, żal, współczucie rodzinie. Jednocześnie przełożenie takiego życiowego scenariusza na nasze życie.
Na co dzień zapominamy, że może nas zabraknąć nieoczekiwanie.
NIE CHCĘ !
Życie mamy jedno. Trochę nie pewne, ale to głównie my nim sterujemy, pielęgnujemy. To my tworzymy każdy kolejny dzień, w którym czasem ciężko wyeliminować sprzeczki o nic, złości o pierdoły. Chyba jednak warto powalczyć, popracować nad sobą. By nie ranić, a za to uśmiechać sięczęściej.
Dlatego jeszcze dziś, chwytam za telefon i nadrabiam to co zawaliłam. Bo większy strach towarzyszy kiedy zostawiasz bliskich i cierpisz. Niż wtedy gdy sobie coś ubzdurasz i żyjesz w tego przekonaniu.
Dlatego jeszcze dziś wyściskam ich najmocniej i obiecuję, że postaram się nie zapominać o miłości którą dla siebie mamy. W słowach, czynach i duszy. Nie zapomnę, jacy są dla mnie ważni !
Aniu. [*]



















